Na tajwańskiej kanapie – opowieść o CS i przysłowiowej polskiej gościnności

Tajwańskie jedzenie jest tanie i pyszne. Jeśli nie znacie mandaryńskiego spanie może okazać się bardziej kosztowne. Ale od czego jest Couchsurfing!? Zrzeszający ludzi dobrej woli na całym świecie, takich cudownych jak nasza kochana Aizat – muzułmańska dobra dusza, która przygarnęła nas na Borneo i w sobie tylko właściwy sposób podbiła nasze serca dołączając do grupy przyjaciół :)

Tajwan jest krajem pełnym takich dobrych duszyczek, ludzie nie są tak uniżeni jak w Japonii ale za to bardzo otwarci, pozytywni i gościnni.

DSCF5485

Na Tajwanie kanapowe podróżowanie zaczęliśmy jednak od wizyty u znajomych Poznaniaków, studentów na wymianie w Tainan. Ugościli po polsku, czym chata bogata – był i czerwony barszczyk Winiary i majonez i jajeczko (z 7-eleven, bardzo dobre, parzone w herbacie) i swojski chleb z masełkiem. Była też zupełnie wyjątkowa, znana na całe Tainan polska pizza :)

Marysię, Adama i Pawła poznaliśmy na Borneo, podczas ich wakacyjnego wypadu. Ich opowieści o Tajwanie częściowo przekonały nas do wyboru tego kraju jako kolejnego etapu naszej azjatyckiej “tułaczki”. Po zakończeniu projektu w Zhong Li spakowaliśmy małe plecaczki i bez komputera za to z nowym nabytkiem w postaci smartfona (bez którego teraz ani rusz :)) ruszyliśmy do Tainan skorzystać z zaproszenia do odwiedzin. Dwa autobusy, słuszny spacer między przystankami w Taichung i kilka godzin później znaleźliśmy się  na tainańskim przystanku, skąd na skuterkach odebrali nas fantastyczni Poznaniacy.

Uwierzycie, że po pół roku w Azji, gdzie skutery są wszędzie i służą każdemu, my na skuterkach jechaliśmy dopiero po raz 3! Zdarzyło nam się raz w Tajlandii na Koh Tao, raz w Sajgonie i proszę, trzeci raz w Tainan, w którym te jednoślady stanowią najdogodniejszy środek transportu.

DSCF5562

Mimo kiepskiej pogody (sporo lało) fantastycznie wspominamy wolne dni spędzone w studenckim domku z widokiem na świątynię i z jego przyjaznymi mieszkańcami. Pyszny prawie prawdziwy sernik (no może troszkę smakował topionym serkiem ;), na który natknęliśmy się na spacerze z Marysią, ceremonialne picie zielonej herbaty i pogaduchy, wspólny wypad z całą trójką do urokliwego Anping… kurcze można by tak wymieniać i wymieniać, bardzo długo! Specjalne podziękowania dla Pawła za odstąpienie nam swojego pokoju na czas naszej wizyty!

Kilka fantastycznych dni później nasi gospodarze wrócili po wolnych dniach do szkoły a my pojechaliśmy pociągiem do Kaohsiung, gdzie czekała na nas kanapa u CSowych hostów – Mei i Evana.

DSCF5633

Macie czasem wrażenie, że znacie kogoś całe lata chociaż poznaliście się kwadrans wcześniej? Takie uczucie, kiedy człowiek dzieli się wrażeniami, rozmawia, pyta, słucha, opowiada…godziny upływają a Ty czujesz się dobrze wśród przyjaciół. Tylko zaraz, zrobiła się szósta rano? Przegadaliśmy właśnie noc z parą obcych nam ludzi? Mei jest kochaną, niesamowicie optymistycznie nastawioną do wszystkich i wszystkiego tajwańską nauczycielką angielskiego i zapaloną lingwistką. Jej partner Evan jest absolutnie wyjątkowym, pokojowo nastawionym, afirmującym świat Amerykaninem. Tak naprawdę Mei i Evan oprócz obywatelstw swoich krajów są też obywatelami świata, który w postaci Couchsurferów z całego globu przyjmują do domu i goszczą na Kaohsurfingowych spotkaniach CS w swoim mieście. A co najważniejsze Mei i Evan nie są parą obcych ludzi, już nie. Razem spędza nam się czas tak fantastycznie, że za ich namową zostajemy u naszych nowym przyjaciół dzień dłużej. Jest środa i cotygodniowy CS Meeting w knajpce z grupą lokalsów, expatów i przypadkowych surferów. Wychodzimy akurat na czas, by zdążyć na ostatnie metro :)Na spotkaniu couchsurferów w Kaohsiung poznajemy sporo ludzi, ciepłych, otwartych, ciekawych świata i spontanicznych. Truman opowiada o swojej nadchodzącej podróży do Europy, pyta o Polskę, ceny, pogodę…interesuje się naszym helpXowaniem. I po Trumanowemu spontanicznie zaprasza na weekendowy wypad do  Hualien. Owszem planowaliśmy odwiedzić to miasteczko na wschodnim wybrzeżu…za jakieś dwa tygodnie, dziękujemy ale jedziemy do Hengchun.

Zwiedzamy Hengchun, objadamy się pysznościami a Arek próbuje surfingu, tracąc na rzecz żywiołu ślubną obrączkę. Znaczy się, wrócimy tutaj na bank :) Myślimy co dalej i niby mamy plan ale… a co jeśli propozycja Trumana to takie Vonnegutowskie zaproszenie przez boga do tańca? Plany są od tego, żeby je zmieniać. Bierzemy od Mei numer do Trumana i pytamy czy zaproszenie aktualne. Wieczorem Truman odbiera nas z dworca w Hualien w towarzystwie Jessie.

Jessie to całkiem nowa historia, niepisany CS ambasador w Hualien, kochająca ludzi wspaniała kobieta z którą mieliśmy szczęście wspólnie pracować na projekcie i się zaprzyjaźnić. Jessie zabiera nas na night market w Hualien, pyszne tajwańskie wegańskie springrollso-wrapsy zapychają lekko głodne po podróży brzuchy. Truman organizuje samochód i rano wybieramy się do wąwozu Taroko a po całodniowej wyprawie czas na wieczorne oglądanie pląsających świetlików.

20130416_181905_20130416183002847

Mijają dwa dni i okazuje się, że znajomych Trumana jest więcej niż miejsca w mieszkaniu jego kolegi, który pozwolił skorzystać z wolnej chaty. Po dwóch nocach w raczej spartańskich warunkach właściwie z ulgą witamy sugestię Trumana, żeby przeprowadzić się do hostelu jego znajomego :) Allen okazuje się CSowym znajomym Trumana i przyjacielem Jessie. Sympatyczny właściciel małego nadmorskiego hosteliku daje nam specjalną cenę – za dwie osoby płacimy mniej niż gdziekolwiek musielibyśmy za jedno z nas!

Spodobało nam się mieszkanie w Butelce :) The Bottle powstało dzięki pomysłowości, rzemieślniczemu sprytowi Allena i z pomocą jego gości. Allenowi i Jessie przydadzą się dwie dodatkowe pary rąk przy renowacji nowego hostelu w centrum a nam nie chce się z Hualien jeszcze wyjeżdżać. Zostajemy na dwa tygodnie, kto wie czy i kiedy byśmy wyjechali gdyby nie lot do Japonii i obiecujący host w prefekturze Nagano :) Propozycja Trumana i nasz spontaniczny, rujnujący wcześniejsze plany, wypad do Hualien okazał się vonnegutowską definicją przeznaczenia.

Lot na Tajwan mamy 18 stycznia 2014, mówiłam przecież że wrócimy :)

 

 

 

 

 

 

Na tajwańskiej kanapie – opowieść o CS i przysłowiowej polskiej gościnności
share:Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *