Good Morning Wietnam

Trochę jeszcze osłabiona i zwyczajnie zmęczona gorączką wyjeżdżam z Hue. Arek pakuje nas do nocnego autobusu dla turystów. Sleeper bus ma zamiast typowych siedzeń siedzenia rozkładane jak dentystyczne, po trzy w rzędzie, na dwóch poziomach. Ta autobusowa kuszetka miała mi zapewnić wygodę ale raczej pospać się nie da – kierowca co i rusz zatrzymuje autobus, ładuje skrzynki piwa na jednym przystanku pod sklepem, wyładowuje przy jakiejś stacji itd. A pomiędzy przystankami mknie po drodze jak szalony prześcigając i wymijając samochody, motorki, rowery i … ciężarówki. Wietnamskie busy i ciężarówki mają niesamowite klaksony, w półśnie myślę, że przypomina to nawoływanie zwierząt…

DSCF3262

Nasz wielki mastodont jeszcze po ciemku zatrzymuje się w Ninh Binh i chamski pomagier kierowcy wypycha nas na zimno poganiając z bagażem. No comments. Open tour bus nie zyskał tym w moich oczach. Ale ok, recepcjonistka w Hue zapewniała że przybędziemy troche przed siódmą rano. Po tych kilku miesiącach w drodze wiemy już jak niefajnie jest trafić po ciemku do obcego miasta. Niestety tuż po piątej jesteśmy “na miejscu”. Czyli gdzie? Podjeżdża taksówka i kilka motorków, z których goscie nagabują, że nas zabiorą i gdzie jedziemy teraz, co robimy, czego chcemy… Kurde, obudziliśmy się sekundę temu, litosci! Wyjmujemy notes z adresem hoteli spisanych z tripadvisora i pokazujemy taksówkarzowi. Przegląda i pokazuje palcem, że zna jeden z adresów. Pytamy za ile nas zawiezie. Stanęło na 35 tysiącach.

 

Wysiadamy w małej bocznej alejce. Ciemno, zamknięte wszytko na cztery spusty (chociaż hotel 2 gwiazdkowy). Nigdzie nie ma dzwonka. Czekamy. Nauczyliśmy się już trochę czekać. Ale jest zimno a ja mam na koszulkę narzuconą lekką wodoodporną kurtkę bez podpinki i cała dygocę. Arek już zbiera się na poszukiwania jakiegoś otwartego hotelu (najwyżej będziemy spać w chlewie, zdarzało się) zostawiajac mnie z bagażami kiedy na rowerku podjeżdża Wietnamka w średnim wieku. Ma różową czapkę, sympatyczny uśmiech i dobre serce. Zsiada z roweru, woła Arka. Pytamy czy tu pracuje a ona uśmiecha się i zakłada mi opadający kaptur od kurtki. Podchodzi do bramy, jak gimnastyczka daleeeko za filar sięga ręką i dzwoni. Super miejsce na dzwonek, nie? Woła coś po wietnamsku do nadchodzącej kobietki, która wyskoczyła lekko ubrana, żeby nam otworzyć. Po czym nasza wybawczyni poprawia mi kurtkę, wsiada na swój rower, maha na pożegnanie i odjeżdża. To nie pracownica hotelu tylko dobra dusza po prostu.

 

Starszy pan daje nam klucz do pokoju i tuż przed świtem ładujemy się pod ciepłą kołderkę w zimnym skrzydle hotelu. Good Morning Wietnam.

Good Morning Wietnam
share:Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn
Tagged on:     

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *